Gdyby ktoś chciał tu poszukać pracy, to ją znajdzie

Eugeniusz Kurzawa
Mimo iż zakład masarski Kicińskiego jest typowo rodzinny, to jednak, gdy przyszło nam zrobić "rodzinne zdjęcie”, okazało się, iż wszyscy są zajęci i trudno ich zebrać razem. Dlatego do fotografii udało się ustawić tylko pana Gracjana z synem Januszem.
Mimo iż zakład masarski Kicińskiego jest typowo rodzinny, to jednak, gdy przyszło nam zrobić "rodzinne zdjęcie”, okazało się, iż wszyscy są zajęci i trudno ich zebrać razem. Dlatego do fotografii udało się ustawić tylko pana Gracjana z synem Januszem. fot. Paweł Janczaruk
Przedsiębiorstwo nie jest wielkie, więcej osób pracuje w sieci 15 sklepów, niż w samym zakładzie masarskim w Kopanicy. Ale w regionie ma swoją markę!

W ciasnym pokoiku szefa, Gracjana Kicińskiego, który trudno nawet nazwać gabinetem, ściany obwieszone są dyplomami za sukcesy zawodowe zakładu masarskiego, zaś na półkach błyszczą puchary i lśnią statuetki. Najnowsza nagroda to tzw. Wielkopolska Jakość. Poza tym liczne podziękowania od szkół i przedszkoli za wsparcie...

- Startowaliśmy od dwóch pracowników i ucznia - przypomina pan Gracjan. - A pierwsza kiełbasa ujrzała światło dzienne 22 grudnia 1989 r., dwa dni przed Gwiazdką - dorzuca wójt Adam Cukier przysłuchujący się rozmowie i kibicujący firmie.
Nie dziw, skoro na każdą sesję rady gminy Kiciński funduje rajcom kiełbasy, do których wójt dołącza po kawie z bułką.

Startował w GS-ie

- Zaczynałem samodzielną pracę w 1989 r., przedtem pracowałem w GS Kopanica jako kierownik masarni - przypomina masarz. Uzupełnia ze śmiechem, iż kiedyś planował życie zupełnie inaczej. - Miałem być kelnerem albo... murarzem.

Kelnerowanie bardzo mu się podobało. Chodzenie po sali, roznoszenie posiłków. Dziś trudno sobie wyobrazić tego potężnego faceta, jak balansuje między stolikami. Ale matka powiedziała mu, żeby nie szedł na kelnera, bo łatwo zrobić manko. - Potem jeszcze dwa dni byłem murarzem - wspomina G. Kiciński.

Ostatecznie 1 grudnia 1964 r. zaczął się uczyć masarskiego fachu w kopanickim GS-ie. Po wojsku wrócił na to samo miejsce. I wytrwał, przechodząc wszystkie szczeble w zawodzie, do 1 grudnia 1989 r.

- Za to, że jednak wystartowałem z masarstwem, a nie z czymś innym, jestem wdzięczny ówczesnemu wójtowi Piosikowi, który mnie zachęcał do tego - opowiada pan Gracjan. Bo już parę lat wcześniej, jak wielu mieszkańców gminy Siedlec, próbował uprawiać pieczarki. Wybudował pieczarkarnię, którą w trzy miesiące zmienił w masarnię.

Dom w zakładzie

Obecnie zakład masarski zatrudnia 57 osób i prowadzi sieć 15 sklepów w woj. lubuskim i wielkopolskim. Oprócz szefa pracuje jego syn Janusz, zięć Andrzej oraz dwie córki Anna i Monika. Jest i żona - Waleria. - Która nam wszystkim bardzo smacznie gotuje - podkreśla małżonek. - Choć czasem się złości, bo "coś pilnego" jeszcze jest do zrobienia w zakładzie, a obiad na stole stygnie - stwierdza pan Gracjan.

Firma i dom mieszczą się, jak można z tego wnioskować, w jednym kompleksie budynków. A z powyższej wyliczanki zatrudnionych wynika, iż jest to typowe przedsiębiorstwo rodzinne. Pełne potwierdzenie znajdujemy na ścianie u pana Gracjana w postaci... zdjęć. - To wnuczki, starsza Marta i młodsza Julia - uśmiecha się właściciel zakładu. Znalazły się tutaj nieprzypadkowo.

To, iż mieszkanie mieści się "w zakładzie" nie jest wcale złym rozwiązaniem. Gorzej bywało, gdy dom stał w innym miejscu Kopanicy. Tam wieczorami zjawiali się nagle ludzie, bo właśnie zaczęli grillowanie i zabrakło im... kiełbasy. - Człowiek przerywał kolację, szedł do firmy, żeby sprzedać trzy kawałki wędlin - przypomina Kiciński.

Nie mówi, że się złościł, bo nie wypada, ale chyba i tak bywało. Jeśli się cały dzień, z wyjątkiem snu, poświęca firmie, to chce się mieć choć pięć minut dla siebie. Zwłaszcza gdy wstaje się o 3.00 rano.

Przyjmie do pracy

A tak właśnie wygląda rozkład dnia właściciela i szefa. Od 4.00 zaczyna pracować zakład. Około 4.45 idzie "na sklepy", do restauracji pierwszy transport wędlin, żeby ludzie mogli smacznie zacząć dzień. To także sposób na zdobycie niejednej nagrody i uznania konsumentów. G. Kiciński właśnie cieszy się dyplomem przyznanym mu przez Wielkopolski Instytut Jakości jako laureatowi konkursu oraz nagrody Wielkopolska Jakość "za dbałość o walory smakowe i wartość odżywczą produkowanego mięsa i wyrobów wędliniarskich". Znać tu efekt 19 lat pracy i dbałości o kiełbasy, szynki i typowo wielkopolskie bułczanki.

Gdyby ktoś chciał u Kicińskiego poszukać pracy, to ją znajdzie. Właściciel daje 1,5 tys. zł miesięcznie na rękę. Można zatrudnić się w masarni, można w jednym z licznych sklepów zachodniej Polski. - Wezmę czeladnika, mile byłby widziany mistrz masarski, ale i uczniów do zawodu przyjmę - deklaruje G. Kiciński.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie