MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Po hutniku

MICHAŁ IWANOWSKI AGNIESZKA STAWIARSKA
ANDRZEJ BRACHMAŃSKI Ma 47 lat, mieszka w Zielonej Górze. Od 20 lutego br. jest wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. Członek SLD, lubuski szef tej partii. Poseł od 1993 r. Rozwiedziony, córka Malwina.
ANDRZEJ BRACHMAŃSKI Ma 47 lat, mieszka w Zielonej Górze. Od 20 lutego br. jest wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. Członek SLD, lubuski szef tej partii. Poseł od 1993 r. Rozwiedziony, córka Malwina. MARCIN ŁOBACZEWSKI
Mimo garnituru jest wyluzowany i bezpośredni. Ale i kontrowersyjny. Może dlatego w Warszawie nie mówi się o nim "pierwszy garnitur SLD". I dlatego został wiceministrem dopiero teraz.

Kiedy Andrzej Brachmański usiadł za ministerialnym biurkiem, lubuscy prominenci mówili: zasłużył sobie, nadaje się, wreszcie go docenili. Dlaczego dopiero teraz?

Po hutniku

Warszawscy dziennikarze mają prostą teorię: kiedy w SLD brakuje ludzi pierwszego i drugiego garnituru, sięga się po trzeci.
"Garnitury" w SLD nie zależą od wykształcenia. Poprzedni wiceminister Zbigniew Sobotka, z zawodu mechanik hutnictwa, należał do pierwszego garnituru, a magister politologii Brachmański - do trzeciego. Sam podkreśla, że nigdy nie zabiegał o ministerialne stanowisko. Nawet dzień przed nominacją twierdził, że nie rozmawiał o tym z Oleksym.

Przyjaciel Sobotki

Brachmański to człowiek z kręgu Sobotki, a więc i Krzysztofa Janika - to drugi powód jego awansu. Premierowi chodziło o to, by w cywilnym nadzorze nad policją nie było rewolucji, zwłaszcza po tym, gdy na czele resortu stanął "opozycjonista" Millera - Józef Oleksy.
Brachmański jak lew bronił Sobotki, gdy ten miał kłopoty z aferą starachowicką (jest oskarżony w sprawie przecieku informacji o planowanej akcji policji przeciwko starachowickim gangsterom). Gromko klaskał w Sejmie, gdy w październiku ub.r. Sobotka dziękował kolegom za - jak to ujął - "słuszną wiarę w jego uczciwość". Przyznawał, że z Sobotką przez 10 lat siedział w jednej ławie i nawet po oskarżeniu go przez prokuraturę, publicznie ręczył za jego niewinność.

Knebel na powitanie

Zawsze mówił to, co myśli. Kiedy posłowie zrzekali się kontrowersyjnych trzynastych pensji na cele społeczne, Brachmański mówił, że pieniądze zatrzyma dla siebie, bo mu się należą.
Ale zagalopował się w styczniu tego roku, kiedy stwierdził - nie czekając na rozstrzygnięcia sądu i komisji śledczej - że afera starachowicka to dęta sprawa drobnych złodziejaszków, a afera Rywina to bańka mydlana. Pierwszy dzień pracy musiał zacząć od tłumaczenia się Oleksemu.
- Musimy z zastępcą omówić sobie poglądy - stwierdził potem Oleksy. A Barchmański zaprzecza, by sprawa ta zaciążyła na jego kontaktach z szefem. O swoich poglądach jednak nie chce już mówić. - Po prostu uświadomiłem sobie, że prasa będzie mi szczególnie patrzeć na ręce - tłumaczy.

Punkt siedzenia

Nie wszystkie poglądy ma jednak konsekwentne. Punkt widzenia na temat dziennikarzy i mediów zależy akurat od jego punktu siedzenia. 15 lat temu Brachmański jako dziennikarz sam patrzył władzy na ręce. W listopadzie 1989 r. napisał w felietonie: "W naszym środowisku mamy określenie: wszystkiemu winni dziennikarze i cykliści. Bo na nich zawsze można zwalić". W styczniu br. już jako polityk powiedział, że to dziennikarze winni są niskim sondażom SLD, bo rozdmuchują afery do niebotycznych rozmiarów.
Na nich zawsze można zwalić? - Wtedy, pod koniec lat 80., było inne dziennikarstwo, bardziej rzetelne - tłumaczy dziś te różnice w poglądach. - Spekulacje wtedy by nie przeszły, a plotka nie była materiałem dziennikarskim.

Szefa niezręcznie pominąć

Poza poglądami liczy się też aktywność posła Brachmańskiego. Ta zaś, jak twierdzą działacze spoza Zielonej Góry, od kilku lat ogranicza się do elitarnych spotkań na polowaniach, grillowania w wąskim kręgu. - A trzeba spotykać się z szarymi ludźmi, dyskutować, przekonywać - mówi jeden z szefów Sojuszu w mieście powiatowym.
Oficjalnie lubuski SLD stoi murem za swym baronem. Struktury zielonogórskie wystawiły go jako kandydata do Parlamentu Europejskiego. - Byłoby niezręcznie go pominąć - uzasadniał Zygmunt Stabrowski z zarządu partii w Zielonej Górze.
Wciąż ma w partii silne poparcie. Tak silne, że mimo wejścia do rządu pozostanie partyjnym baronem, łamiąc zwyczajową zasadę w SLD.

Rozgrywający

W regionie Brachmański ma opinię głównego rozgrywającego. Boją się ci, do których dotrze informacja, że jest inny kandydat na ich stanowisko. Efekt jednowładztwa wzmacnia też zażyłość z marszałkiem województwa.
Do Brachmańskiego uderzają poszkodowani przez urzędy, dyrektorzy upadających państwowych firm albo inwestorzy szukający poparcia w Warszawie. - Ja mogę tylko otworzyć drzwi - mówi o swojej pomocy lubuskim firmom. Mocno reklamował swoje zaangażowanie, aby przyszła spółka eksploatacyjno-wydobywcza wyodrębniona z Polskiego Górnictwa Nafty i Gazu miała swoją siedzibę w Zielonej Górze.
Na mniej i bardziej oficjalnych uroczystościach obecność barona przyciąga tłumy. Ostatnim tego przykładem jest otwarcie wyremontowanego kawałka prywatnej przychodni w Zielonej Górze. Na tej imprezie Brachmański, już w roli wiceministra, przecinał wstęgę na spółkę z biskupem diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
W piątek gruchnęła wieść, że Brachmański chce odwołania szefa lubuskiej policji Stanisława Bukowskiego. Jak podała "Rzeczpospolita" - to dlatego, że "komendant jest na tropie nieprawidłowości związanych z funkcjonowaniem Urzędu Miejskiego w Zielonej Górze za poprzedniego prezydenta, członka SLD" (chodzi o Zygmunta Listowskiego), a ponadto przeciął układy i związki nieformalne policji z "pewnymi środowiskami".
W połowie lutego była w Gorzowie policyjna narada, przyjechał tu zastępca komendanta głównego policji. Mimo coraz lepszych wyników pracy lubuskich funkcjonariuszy, stwierdził: "coś tu się złego dzieje". Niektórzy sugerują, że była to przygrywka do tego, co dzieje się teraz.
Odwołanie komendanta wymaga zasięgnięcia opinii wojewody, ale żadne pismo w tej sprawie nie wpłynęło. A wojewoda jest z komendanta zadowolony.
Brachmański nie chciał komentować doniesień "Rzeczpospolitej". - To plotki - stwierdził tylko w piątek wieczorem.

... I W ŻYCIU

Nie mogła się bez niego odbyć żadna impreza. Jeszcze na wieczorze kawalerskim wydzwaniał do dziewczyn.

Przyznaje, że w szkole notorycznie ściągał. Ważne były dla niego zbiórki, biwaki, budowa harcówki.

Wygrany indeks

W wolsztyńskim liceum nie chodził na wagary, nie palił i nie pił, ale wszędzie go było pełno. Gdy ktoś mu zalazł za skórę, wystawiał pięści. Przewodniczącym szczepu Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej został już w drugiej klasie. Jeśli grał w nogę, to zawsze w napadzie.
Miał dobre stopnie, zwłaszcza z przedmiotów humanistycznych. Indeks na studia zdobył w olimpiadzie Wiedzy o Polsce i świecie współczesnym.
Sprawny, obrotny. Na każdą imprezę szedł w damskim towarzystwie. Ale pod jednym warunkiem - narzeczone musiały być spoza szkoły. Romanse nie mogły przeszkadzać w pracy szczepowego. Podobno zawsze podobały mu się szczupłe blondynki.

Praca jak zabawa

Po ukończeniu wydziału nauk politycznych poznańskiego uniwersytetu został w 1982 r. dziennikarzem "Gazety Lubuskiej". Pisał dość niechlujnie. - Nie był wybitnym dziennikarzem. Piekielnie ambitny, lubił władzę - mówi sekretarz redakcji. - Ale czy ma kwalifikacje na wiceministra skomplikowanego resortu...?
Do redakcji przyszedł z falą młodych i z miejsca zajął się organizacją imprez. Gdy ludzie chcieli jechać w góry, brał na siebie wynajęcie chaty i autobusu. Skrzykiwał wypady do Łagowa albo na leśną polanę w Raculi.
W drugiej połowie lat 80. w kręgu znajomych pojawił się długo poszukiwany gitarzysta - Adam Ruszczyński, dziś prezes Centrum Biznesu w Zielonej Górze, wtedy grający w kapeli country. Zawsze znajdowali czas na wypad do kwatery głównej, czyli kasyna albo popularnej Parkowej, nazywanej też barem Pod Trupkami. Jeśli schodzili się w domu u Brachmańskiego, szykował kolację. Uwielbiał kuchnię (nawet już jako baron SLD startował w konkursach grillowania) i polowania (tę pasję odziedziczył po ojcu i poluje nadal).
Jaki wtedy był? Wesoły, towarzyski, ale raptus. Od razu mówił, co myślał. Podobno jednak nie tracił nad sobą kontroli nawet podczas imprez. - Ale gdy kandydował do Sejmu w 1993 r., nie zawahał się jeździć na spotkania wyborcze syrenką bez dachu, wymalowaną w płomienie - śmieje się Ruszczyński.
Syrenka skończyła żywot w Wilkanowie, w drodze na wiec w Żarach. Pasażerowie wylądowali w lesie. Gdy przyjechała milicja, osłupiały kierowca trzymał kierownicę w ręku. Wyrwał ją podczas jazdy.

Wydzwaniał do dziewczyn

W redakcji Brachmański znalazł żonę. Z Ewą Lurc studiował na jednym kierunku, ale poznali się dopiero tutaj. Huczny wieczór kawalerski odbył się u jednego z sekretarzy redakcji "GL". Z imprezy wydzwaniał jeszcze do dziewczyn w Poznaniu.
Ewa Lurc, teraz rzeczniczka lubuskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia, nie chce mówić o małżeństwie. Od rozwodu minęło 10 lat. - Andrzej był zawsze lojalny wobec mnie i rodziny. I ja też tak chcę - mówi Ewa Lurc. Przywiązanie do bliskich, rodziców, siostry i ukochanej córki Malwiny podkreśla wielu jego znajomych.
- Jeśli ktoś robi taką karierę polityczną, musi liczyć się z samotnością i z tym, że największe oparcie ma się w rodzinie - mówi Ruszczyński. - Andrzej to wie i chroni prywatność.

Jak kończy się przyjaźń

Ruszczyński - kiedyś przyjaciel, asystent i szef biura poselskiego. Razem zakładali SdRP. Dziś tylko kolega. Co ich podzieliło? - W 1997 r. jako szef klubu lewicowego w zielonogórskiej radzie miejskiej opowiadałem się za tym, aby być krytyczną opozycją - mówi Ruszczyński. - Andrzej miał mniej radykalne podejście.
Przyjaźń ich uwierała. Zbyt szczerze i zapalczywie rozmawiali. - Pękło między nami przy wyborach do rady rejonowej SdRP - mówi Ruszczyński. - Andrzej poczuł się zdradzony, bo poparłem innego kandydata. Przy koniaku zarzucił mi nielojalność. Potem podał mnie i Romana Fileckiego do sądu partyjnego, ja nazwałem go w wywiadzie Kubusiem Puchatkiem. Noo, złośliwy byłem, chodziło o mały rozumek u misia. Poróżnił nas stosunek do polityki. On mocno poczuł władzę.
Wtedy też poseł Brachmański wskoczył w garnitur i przyczesał fryzurę. Porzucił szary sweter, w którym chodził jako radny miejski.
Chłód między nim a Ruszczyńskim trwał pięć lat - do marca 2002 r. Poimprezowali na targach budowlanych w Gorzowie i zakopali topór wojenny. - Teraz jest poprawnie - mówi Ruszczyński. - Choć robił mi ideowe wyrzuty za poparcie prezydent Ronowicz w wyborach 2002 r.
Czy da sobie radę jako wiceminister? - Musi, ale wie, że tu wielu chce jego stanowiska - mówi Ruszczyński. - Kiedyś mu radziłem, żeby zawsze miał obok siebie grupę wiernych. Teraz chyba musi ich szukać w Warszawie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska