80-latek zginął w pożarze swojej przyczepy

Aleksandra Gajewska-Ruc
Aleksandra Gajewska-Ruc
Goruńsko gm. Bledzew: Pożar wybuchł wieczorem. Wiata i camping spłonęły w mgnieniu oka. W środku znajdował się mężczyzna, który od lat mieszkał w przyczepie na podwórku.

W dzień po pożarze, na podwórku wciąż unosi się swąd spalenizny, a zwęglonych szczątków przyczepy pilnuje sędziwy pies. Nie spuszcza wzroku z miejsca, gdzie po raz ostatni widział swojego pana. W jego oczach widać smutek i przejmującą tęsknotę.

Żona 80-letniego Kazimierza D. była w domu sama, gdy usłyszała wybuch. Wybiegła na podwórko, ale ogień objął już całą konstrukcję złożoną z przyczepy i dobudowanej do niej wiaty. Kobieta, krzykiem przywołała sąsiadów, wezwano straż. - Było jakoś po godzinie 20. Usłyszałem hałasy, zbiegowisko było, pełno ludzi, chyba z pół wsi się zbiegło, próbowali gasić, jak to przy takiej tragedii, jakoś pomóc, ale nie było szans. Po chwili przyjechali strażacy ze wsi, zaraz po nich duże wozy strażackie, chyba ze cztery - opowiada jeden z sąsiadów.

Akcję utrudniało bardzo duże zadymienie i grożące eksplozją butle z propanem butanem, znajdujące się w płonącej przyczepie. Strażacy z narażeniem życia wynosili je na zewnątrz. Jak poinformował nas mł. bryg. Dariusz Rzepecki z Powiatowej Straży Pożarnej w Międzyrzeczu, akcja gaśnicza trwała ponad cztery godziny. Uczestniczyło w niej 25 strażaków zawodowych z Międzyrzecza oraz ochotników z Goruńska i oddalonego o kilka kilometrów Bledzewa.

Chciał być na swoim

Według sąsiada państwa D., Kazimierz D. do Goruńska przyjechał w latach pięćdziesiątych. - Za żoną tu przyjechał. Zajmował się gospodarką, wcześniej jeszcze gdzieś pracował. Ale chyba coś nie układało się między nimi, bo on nie mieszkał w domu - dodaje.

Żona, która mieszka z dwojgiem dorosłych dzieci i ich rodzinami, przyznaje, że mąż żył osobno od lat, bo sam tak chciał, ubzdurał sobie. Ale na obiady do domu przychodził, razem jedli codziennie. Jeszcze kilka lat temu zajmował prowizoryczny blaszany barak na podwórku, a w końcu pięć lat temu dorobił się wymarzonej przyczepy. Jak opowiada żona, kupił ją w Skwierzynie za niemałe pieniądze. Była w dobrym stanie, „z bajerami”, a on cieszył się z nowego nabytku jak dziecko. To było jego gniazdko, które zajmował razem z wiernym czworonożnym przyjacielem. Miał tam wszelkie wygody, jak ogrzewanie, które mogło być przyczyną tragedii...

Jak doszło do tragedii?

Sprawę pożaru w Goruńsku bada międzyrzecka policja pod nadzorem Prokuratury Rejonowej. Biegli, którzy pojawili się na miejscu tragedii wstępnie wykluczyli podpalenie, ale ze względu na to, że przyczepa spłonęła właściwie doszczętnie, nie byli w stanie jednoznacznie określić przyczyny zdarzenia.

- Do pożaru mogło dojść zarówno w wyniku zaprószenia ognia, jak i zapalenia się gazu z rozszczelnionej butli lub zwarcia instalacji. Zweryfikują to dokładne badania biegłych z zakresu pożarnictwa - mówi prokurator Sławomir Dudziak i dodaje, że do wybuchu gazu nie doszło, bo wszystkie butle znajdujące się w przyczepie, zostały zabezpieczone przez strażaków w całości.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie