Koszmar w lesie pod Obrzycami. Odkryto tam masowe groby. Ludzie dopuścili się tu potworności

Dariusz Dutkiewicz
Dariusz Dutkiewicz
Pielęgniarka pokazuje jak zabijała pacjentów. Izba Pamięci szpitala w Obrzycach
Rampa kolejowa, szpitalna brama z napisem, oddziały dla pacjentów, blok do którego transportowano ich po wstrzyknięciu trucizny. No i ostatni etap – droga do lasu za murem. Tu do masowych mogił trafiały nagie z reguły zwłoki ofiar. Coś to przypomina, prawda? Ale to nie Auschwitz. To Obrawalde. Do stycznia 1945 r. niemiecki Szpital dla Obłąkanych. Miejsce śmierci ponad 10 tysięcy ludzi z całej Europy, głównie z Niemiec.

Na temat zbrodni hitlerowskich w Obrawalde czyli Obrzycach na rogatkach Międzyrzecza, napisano wiele. Są liczby (10 000 zamordowanych), są nazwiska lekarzy, pielęgniarzy, którzy w latach 1942 – 1945 tutaj mordowali. Wiemy, jak eksterminowano chorych psychicznie, ale i zdrowe ofiary, przeciwników Hitlera. Znamy powojenne losy morderców. Niewielu dosięgła kara. A ofiary? Co czekało je za bramą tego malowniczo położonego kompleksu szpitalnego. Dziś Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Międzyrzeczu. Co działo się tu ponad 70 lat temu?

Zobacz film - Obrzyce na starej fotografii:

Miejsce kaźni tysięcy chorych, ale ludzi opozycji

Irena Maria urodziła się w 1911 r. Była Niemką. Subtelne rysy twarzy, wysokie czoło. Staranna, modna wówczas fryzura. Nosiła skromne bluzeczki i sweterki. Typowa młoda niemiecka dziewczyna. O pięć lat starszy od Ireny, Belg (nazwijmy go Zygmunt, bo litery w jego dawnym dowodzie zamazane) to typ amanta. Elegancki garnitur, zaczesane do tył ciemne włosy. Belgijski Eugeniusz Bodo. Tacy pozostali, eleganccy, piękni i młodzi, Irena i Zygmunt, na fotografiach eksponowanych w Izbie Pamięci w Obrzycach. Przeżyli szpital? Jak umarli? Na pewno wiemy jedynie, że oboje mieli w momencie, kiedy trafili do Obrawalde, niewiele ponad 30 lat.

FILM - Obóz w Słońsku (2021 r.)

Pracowali dla szpitala, a później zastrzyk

Mogli przyjechać do szpitala pociągiem. Jednym z wielu, który wraz z pacjentami wtoczył się na szpitalną rampę kolejową. Ale mogli też przybyć autobusem, wjeżdżając główną bramą. Powitał ich umieszczony nad nią napis ,,Obrawalde’’. Później następowała selekcja. Jedni trafiali na oddziały na dłużej. Pracowali wtedy, aż do resztek sił, na rzecz szpitala w licznych szpitalnych gospodarstwach. Inni od razu po przybyciu byli uśmiercani zastrzykami.

Były zastrzyki, ale z trucizną, albo... powietrzem

Nasi bohaterowie byli młodzi, więc pewnie trafili na oddziały. Jednak i tak, wcześniej czy później, odbywała się kolejna selekcja. Nie było ,,na lewo, na prawo’’. Lekarz podczas takiej, wydawałoby się normalnej porannej wizyty wskazywał pielęgniarce ofiary. Z reguły osoby wycieńczone pracą, chore, Wieczorem przychodził pielęgniarz, albo pielęgniarka i zabierał ,,pacjenta’’ do osobnej ,,Sali śmierci, gdzie wstrzykiwał w przedramię truciznę, a jak tej brakowało to powietrze. Tak pewnie umarli Irena i Zygmunt.

Zobacz:

Ale to nie był koniec ich drogi

W narożniku szpitalnego terenu znajdował się blok do którego transportowano zwłoki. Choć, jak wspominał przed kilku laty, jeden z ostatnich świadków tych wydarzeń, niektórych do bloku przyprowadzano. Bo okres od podania zastrzyku do śmierci wynosił kilka godzin. Wczesnym rankiem, a czasami nocą, zwłoki wywożono na specjalnych lorach do pobliskiego lasu i tam grzebano.
Dotarliśmy do chyba ostatniej żyjącej mieszkanki Obrzyc, która pracowała w pobliskim Międzyrzeczu. – Późnym wieczorem , a czasami nawet rankiem wracałam rowerem do domu i wtedy widziałam te transporty – wspomina kobieta. – Od razu można było się zorientować, że w papierowych worach wywożone są do lasu trupy.

Przeczytaj także:

Gdzie byli zwykli mieszkańcy?

I w tym momencie rodzi się pytanie, czy Niemcy, pracownicy, mieszkańcy wiedzieli co dzieje się w blokach śmierci? Jeżeli nawet tak, to życie toczyło się tak, jakby nic się nie działo, nikogo nie mordowano zaledwie kilkadziesiąt metrów od ich domów, ogródków. Latem na pobliskim basenie dzieci i ich rodzice kąpali się, opalali. Sielanka.
Irena i Zygmunt też pewnie lubili tak spędzać czas. Gdzieś tam w Niemczech czy w Belgii przed wojną…

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
drA.Kula

Niestety słabo to wybrzmiało w tym artykule, więc trzeba to powiedzieć, że to Niemcy w niemieckim szpitalu na terenie ówczesnych Niemiec mordowali w sposób zaplanowany, przemyślany i bezwzględny tych ludzi.

I trzeba o tym mówić, żeby nie słuchać o polskich obozach śmierci.

A gdzie byli mieszkańcy? Ano z przekonania, należeli do Hitlerjugend, NSDAP i innych organizacji hitlerowskich i z dumą na Parteitagach podnosili prawą ręką do góry krzycząc z uwielbieniem Heil Hitler.

Dodaj ogłoszenie